Przybyłem wcześnie, jak nigdy dotąd.
Na ławce, na peronie.
W cieniu słońca, w południe.
Cisza i spokój.
Mały wiatr pomaga wytrzymać upał.
Nic się nie dzieje po lewej, ani po prawej...
Pracownik zamiata suche liście z chodnika.
Nikt nie przychodzi.
Czy nie ma innych pasażerów?
Podróżuję sam?
Czekam spokojnie. Nie ważne, czy podróżuję sam.
Leżąc na ławce słucham kilku nieszczęśliwych, małych ptaków,
Zagubiony w życiu miasta.
Czuć starym olejem lokomotywy i wiosennymi kwiatami.
Mucha... już odleciała.
Lekki sen, raczej nudny.
Nikt nie nadchodzi, pociąg też nie.
Zegar wskazuje godzinę odjazdu,
Ale nie ma pociągu.
Mam bilet.
Sprawdzam z pewną wątpliwością,
Ale data jest poprawna, godzina także,
Odjazd i miejsce docelowe ... wszystko w porządku.
Ale nic się nie dzieje.
Człowiek sprzątający powoli podchodzi do mnie,
Nadal zamiatając chodnik z suchych liści.
Gdy się zbliżał, ja patrzyłem na mój bilet nic nie widząc.
Wpatrując się w kawałek papieru, jakby to był wyłączony ekran telewizora.
„Dzień dobry” - przerywa głos mężczyzny.
„Dzień dobry” - odpowiadam.
Może spytam się go o pociąg, powinien coś wiedzieć,
On tu pracuje.
Ale nie mam odwagi.
Pozostałem tak przez kolejnych kilka godzin.
Zjadłem wszystkie kanapki przygotowane na wycieczkę,
Wypiłem sok z mojej plastikowej butelki.
Pociąg nie przyjechał.
Nikt nie przyszedł.
Z biletem w ręku, do miejsca, do którego nikt nie chciał pojechać.
Nawet pociąg.
Poszedłem pieszo. 

© Daniel Kozakiewicz, Lima, 2009